Tanio, szybko i solidnie – czyli rowerem w Bieszczady

Dzień pierwszy.

Dąbrowa Górnicza – Brzesko, 131 km.

Co tu dużo mówić… Zapakowałem dobytek na rower, wsiadłem i pojechałem. Jak przystało na koniec sierpnia w ostatnich latach, pogoda była wyśmienita. Dodatkowo wiatr, wiejący wcześniej przez prawie dwa tygodnie z południowego wschodu, obrócił się i wiał lekko z zachodu, “centralnie” w moje plecy. Krótko mówiąc warunki idealne.

Z Dąbrowy do Olkusza droga nie jest zbyt ciekawa. Oczywiście można kluczyć “bokami”, ale przewidziany dystans nie sprzyja takim “atrakcjom”, zwłaszcza gdy człowiek zna okolicę jak własną kieszeń. Ponieważ dawna droga została częściowo “zaorana” i zastąpiona dwupasmówką, nie specjalnie istnieje jakaś alternatywa… a ściślej po prostu momentami jesteśmy zmuszeni dzielić jeden placek asfaltu ze stadem blaszanek na czterech kółkach albo i na pięciu osiach. Po przejeździe przez centrum Olkusza trzeba pokonać jeszcze dość niemiły odcinek do Sieniczna, gdzie na dobre żegnamy się z DK94 i wjeżdżamy na DW773.

Dalej czekają dwie małe “wspinaczki” w Kosmolowie i Sułoszowej, po których wjeżdża się w dolinę Prądnika. Jej głębokość sięga od kilkudziesięciu do ponad stu metrów, a zbocza usiane są licznymi wapiennymi formacjami skalnymi. Patrząc natomiast na sam Prądnik, trudno sobie wyobrazić, jak taka “rzeczka” sama to wszystko w podłożu wydziergała. ;) Jadąc w dół mijamy zamek w Pieskowej Skale, który swych wnętrz użyczył w kilku filmach, między innymi w Janosiku. Czyli to tutaj murgrabia obmyślał wszelkie plany schwytania zbójców. ;) Wszystko, co dobre, jednak kiedyś musi się skończyć i by dotrzeć do Skały musimy wyjechać z doliny, czyli podwindować się o jakieś 100m na niecałych 2 km drogi.

Dolina Prądnika - Pieskowa Skała

Dolina Prądnika w okolicach Pieskowej Skały.

Od Skały w kierunku Słomnik teren łagodnie opada, co rekompensuje przejazd przez wcześniejsze pagórki, i rower dociążony bagażem przy 30-40 km/h mknie jak mini-motocykl. Przejazd przez Słomniki niczego dobrego nie wnosi, a wiązałby się z koniecznością wjechania na DK7, więc w Wesołej tniemy przezeń na wprost, potem przez Niedźwiedź. Tym sposobem trochę  “bockiem, bockiem…” omijamy miasto i wyskakujemy na DW775, którą przez Proszowice docieramy do Nowego Brzeska.

W Nowym Brzesku znajduje się most na Wiśle, który chyba będzie atrakcją dla każdego mieszkańca Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego. Ma blisko 700 metrów długości i jeden pas ruchu, a pojazdy poruszają się po nim wahadłowo. Daję słowo, że taki obiekt w mojej okolicy byłby z obu stron zapchany wjeżdżającymi nań samochodami. ;) Chociaż tego dnia główną atrakcją była ilość wody w Wiśle – mniej więcej tyle, co normalnie w rejonie Skoczowa.

Droga z Nowego Brzeska do Brzeska to już cud, miód i powidło. Ruch samochodów prawie żaden, piękna okolica, boćki kroczące za ciągnikiem przy pierwszych wykopkach… Łyżka dziegciu na koniec to obcięta dawna droga przed autostradą A4 oraz niedokończony węzeł drogowy, przez co można zaliczyć spotkanie ze sznurem czterdziestotonowych zestawów drogowych.

Cała trasa bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła i wydaje się być ciekawszą niż przez Kraków. Niestety pod koniec dnia wiatr zmienił się z zachodniego na południowy i utrzymał ten kierunek niemalże do końca wyjazdu.

 

Dzień drugi.

Brzesko – Dukla, 115 km.

Brzesko żegna, Dukla wita! Tak można w skrócie napisać… albo też podliczyć litry potu, łez, orki na ugorze i walki z żywiołami wszelakimi. ;)

Na początek wspomnę, że pomiędzy Brzeskiem a doliną Dunajca można wspaniale trenować kolarstwo górskie. Bezwzględnie wysokości wzniesień są niewielkie i chociażby w mojej okolicy jest wiele wyższych, natomiast przewyższenia mogą dać popalić. Dlatego lepiej nie popełnić błędu, którego się dopuściłem kilka lat wcześniej, i nie porywać się na najkrótszą drogę z Brzeska do Porąbki Uszewskiej przez Jadowniki (na jakieś “treningi” polecam). W zamian można spokojnie podjechać kawałek DK94 do Dębna i dopiero w górę łagodnie doliną, co nie zmienia faktu, że trochę dalej w Niedźwiedzy są nawet mini-serpentyny. Nie jest jednak tak stromo, żeby z bagażem nie dało się przejechać, a i widoki rekompensują wysiłek, zwłaszcza na szczycie i zjeździe w kierunku Melsztyna.

Gwoździec - pomiędzy Dębnem a Melsztynem

Widok znad Gwoźdzca na Pogórze Ciężkowickie.

W Melsztynie niestety wyskakuje się na dość nieprzyjemną drogę, głównie ze względu na brak poboczy i duży ruch ciężarówek pomiędzy Nowym Sączem a Tarnowem. Choć samo jej położenie wzdłuż doliny Dunajca jest całkiem fajne. Na szczęście to tylko kawałek, później przeskok na drugą stronę rzeki do Zakliczyna i dalej w miarę spokojna droga do Gromnika. I tu, się zaczyna zabawa, a mianowicie odcinek do Biecza i “seria Rzepienników”: Rzepiennik Marciszewski, Rzepiennik Strzyżewski, Rzepiennik Biskupi i Rzepiennik Suchy. W sumie przez Rzepienniki jest ok. 14 km podjazdu i troszkę odcinków płaskich, może też kilka krótkich fragmentów z górki. Druga połówka drogi do Biecza teoretycznie wygląda odwrotnie, ale mnie akurat dał znać o sobie wiatr – ten sam, który dzień wcześniej się obrócił, tylko już mocniejszy i cieplejszy, bo w końcu z południa. Okolice oczywiście cały czas piękne, ale co z tego, skoro ten wiatr… i w dół trzeba cisnąć w pedały, bo rower staje. ;)

Osobnica - pustkowie

Pustkowie – pomiędzy Harklową a Osobnicą.

Kolejny odcinek prowadzi z Biecza do Nowego Żmigrodu. Parę lat temu wymyśliłem sobie taką drogę, głównie po to, żeby uniknąć upierdliwych pagórków na głównej od Gorlic. Okazało się, że pagórki są dwa razy większe, za to okolica miła dla oka, a ruch samochodów prawie żaden. Tak więc pokonuje się kolejno Grudną Kępską, Głęboką, Harklową, Osobnicę, Łazy Dębowieckie, Dębowiec, Załęże, Osiek Jasielski i Mytarkę. Trasa bez dwóch zdań warta chociażby lokalnej wycieczki.

Nowy Żmigród - kościół

Kościół przy rynku w Nowym Żmigrodzie.

W Nowym Żmigrodzie przypada mniej więcej setny kilometr drogi. Ponieważ że dzień wcześniej było ich przeszło 130 i na dodatek wiatr dokuczał, końcówka do Dukli, przybrała w moim przypadku formę rozpaczliwą. I to do tego stopnia, że mi na podjeździe jeden autochton uciekł. Cóż za potwarz… ;) Czy fakt, iż na niecałych 4 km musiałem podlewarować mój “bagażowy zestawik drogowy” o 120 metrów mógł być usprawiedliwieniem? Skądże! Ale najważniejsze, że w końcu oczom mym ukazała się tablica “Nadole” precyzyjnie określająca moje położenie, a po chwili wjechałem do Dukli.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code