Tanio, szybko i solidnie – czyli rowerem w Bieszczady

Dzień trzeci.

Dukla – Kalnica, 91 km.

– Mój jeju, mój jeju… – gadała kiedyś z telewizora Wścieklicowo.
– Mój jeju, mój jeju… – jęknąłem, a nawet jękłem pod nosem ruszając z Dukli w stronę Tylawy.

Czy wspominałem coś o upierdliwym wietrze poprzedniego dnia? To nie był wiatr, to był łagodny zefirek. Tym razem to dopiero wiało! W dodatku problemy regeneracyjne wieku “podeszłego” postawiły kropkę nad “i”. Co ja tam będę gadał – prędkość do Tylawy oscylowała w granicach 10-20 km/h. Prędkość na całej trasie do Kalnicy średnio wyszła niewiele ponad 19 km/h. Co za wstyd! Jak się teraz ludziom na oczy pokazać!? A czy coś gdzieś pisałem, że jazda poniżej 20 km/h mnie nie bawi? Oj, bawiła mnie teraz każda prędkość przybliżająca do celu… ;)

Ale odcinek do Tylawy nie trwa wiecznie, a po odbiciu na Komańczę zaczyna się jedna z fajniejszych dróg w tym rejonie. Po zmianie kierunku jazdy wiatr magicznie i nieoczekiwanie zmienił się z czołowego na boczny. Różnica była przede wszystkim taka, że przestał gwizdać w zębach, a zaczął w szprychach. Jednak zrobiło się trochę lżej.

Zjazd do Moszczańca

Zjazd do Moszczańca.

Niezależnie jednak od tego, czy nam wieje, czy nie wieje, ogólnie pojęte okoliczności przyrody rekompensują wszystko. Można zresztą śmiało powiedzieć, że wobec mitycznej dzikości Bieszczadów Beskid Niski jest dzikością ze wszech miar realną. Co prawda przy założeniu pokonywania przeciętnie ok. 100 km dziennie zwiedzanie czegokolwiek nie wchodzi w grę, zwłaszcza na przełomie sierpnia i września, gdy podróż na dobrą sprawę trzeba kończyć do godziny 18, ale warto rozważyć wypad bardziej “krajoznawczy”. Tak więc już główna droga z Tylawy do Komańczy daje namiastkę dzikości i na przejazd przez Moszczaniec, Wisłok Wielki i Czystogarb warto poświęcić parę kropli potu. Jednak odbicie gdziekolwiek w bok może wprawić w prawdziwe zdumienie niejednego mieszczucha. Polecam zerknąć chociaż na zdjęcia podpięte w Panoramio z Zyndranowej, Lipowca, Czeremchy, Woli Wyżnej czy Jasiela.

Kościół w Czystogarbie.

Kościół w Czystogarbie.

Pewną ciekawostką i zarazem dowodem na pęd ku zagospodarowywaniu tych terenów kilkadziesiąt lat temu jest właśnie Czystogarb, a ściślej jego górna część. Sąsiedztwo bloków mieszkalnych, zabudowań dawnego PGRu z blaszanym kominem kotłowni oraz kościoła dosłownie zwala z nóg.

Komańcza - skwerek

Komańcza – skwerek

W Komańczy żegna nas Beskid Niski i witają Bieszczady. No prawie witają, ponieważ geograficznie ich zachodnia granica przebiega wzdłuż doliny Osławy po Przełęcz Łupkowską, czyli “za górecką”. Można jednak przyjąć, że wzdłuż Osławicy przebiega granica “turystyczno-cywilizacyjna”. Tak czy siak aby móc się delektować prawdziwie bieszczadzkimi widokami, należy przepedałować w okolice Nowego Łupkowa, ewentualnie Preuków, o czym za chwilę. Na tym etapie podróży cała zabawa sprowadza się do przejazdu przez wszystkie górki, jakie tylko są po drodze. Wydawałoby się, że droga powinna prowadzić doliną, podobnie jak linia kolejowa na Przełęcz Łupkowską, ale jednak ktoś uznał, że jazda tamtędy będzie zbyt nudna. W konsekwencji w okolicach Łupkowa człowiek ma już dość wszelkich podjazdów. A czy już pisałem, że od prawie dwóch dni wiało mi z południa? Gdybym przypadkiem zapomniał, to na tym odcinku znowu suszyłem zęby na wietrze. ;)

Między Osławicą a Nowym Łupkowem.

Między Osławicą a Nowym Łupkowem.

Na szczęście na wysokości Łupkowa rozpoczyna się zjazd po zakręcie w lewo, oj piękny zjazd… Na jego końcu przy prędkości… no takiej już całkiem fajnej, mamy okazję przelecieć z hukiem przez przejazd dawnej kolejki leśnej z Rzepedzi do Nowego Łupkowa, z szansą na stratę dętek, szprych a w skrajnym przypadku i obręczy. Dlatego, Państwo Drodzy, dbajmy o dobry stan kół i nie żałujmy dętkom “luftu”! ;) W ten efektowny sposób wjeżdżamy w dolinę Osławy.

Nowy Łupków wita

Nowy Łupków wita

Można wybrać również drogę przez Preuki, Duszatyn, Mików i Smolnik. Wymaga to przeprawienia się z Komańczy do Preuk przez góreczkę i jazdę wzdłuż Osławy drogą prawie gruntową aż do Smolnika. Z uwagi na to oraz na betonowe brody zamiast mostów trzeba jednak brać pod uwagę warunki pogodowe – po opadach droga będzie błotnista, a poziom wody w rzecze na tyle wysoki, że będą problemy z przejazdem. Niemniej dolinka jest naprawdę piękna.

Widok z przełęczy Przysłopce

Widok z przełęczy Przysłopce.

Dalej droga prowadzi łagodnie przez Wolę Michową i dopiero mijając Maniów zaczyna wspinać się ku przełęczy. Podjazd na tym etapie podróży może być już bolesny, zwłaszcza że to najwyższy punkt całej trasy w Bieszczady. Na szczęście jest to również podjazd… przedostatni. ;) Na przełęczy można sobie “dychnąć” na niezbyt eleganckim parkingu (niestety głównie za sprawą śmiecących “turystów”), cyknąć widokową fotkę, ewentualnie tzw. “samojebkę” pod znakiem powitalnym gminy Cisna, żeby nikt nie śmiał nam wmówić, że opowiastki o “wyprawie” to jedynie marne science fiction. ;) Stąd już w dół, w dół i w dół… do Cisnej. Ale żeby nie było tak pięknie, to może się zdarzyć – jak mnie – że wiater przeraźliwy będzie tak walił po pysku, iż aby posuwać się na łagodniejszym odcinku przez Żubracze, trzeba zdrowo dociskać w pedałki. W Majdanie mijamy stację Bieszczadzkiej Kolejki Leśnej – pozostałości po 100 latach “tradycji” wywożenia wąskim torem drewna z lasu. I wreszcie Cisna – “miasto” w centrum Bieszczadów. Jest tu wszystko, co turyście do szczęścia potrzebne – kilka knajp, kilka sklepów, apteka, bankomat oraz kościół. I Urząd Gminy. W moim przypadku to też punkt, w którym należało podjąć decyzję o ewentualnej aprowizacji. Bowiem w docelowej Kalnicy jeden jedyny sklep jest wprawdzie czynny każdego dnia do wieczora, ale tylko wtedy, gdy prowadząca go białogłowa nie ma innych ważnych zajęć. ;)

Smerek z przełęczy Przysłup.

Smerek z przełęczy Przysłup.

Wjeżdżając do Cisnej czuję się zawsze jakbym dotarł do celu, bo też do Kalnicy pozostaje już tylko kawałek – jakieś 12 km. Tego wrażenia nie jest w stanie zmącić nawet świadomość, że trzeba pokonać jeszcze przełęcz w Przysłupie. “Tukej” można cyknąć fotkę Połoninie Wetlińskiej, zobaczyć kolejkę leśną na końcowym przystanku (jeśli zajechała), podelektować się wątpliwej urody “nowobieszczadzką architekturą” czy zjeść smażonego pstrąga (nie sprawdzałem). Stąd, choćby nogi odmówiły posłuszeństwa, dotrzemy do Kalnicy niesieni siłą grawitacji. Chyba żeby wiał wiatr… ;)

 

Dzień czwarty.

Co można robić po trzech dniach mordęgi na dwóch kółkach? Można leżeć do góry brzuchem. Ale jednak dobrze jest dokonać niebywałej mobilizacji organizmu, spakować plecaczek i pójść na “spacer”. W końcu w góry zajechalim, to i w góry nam trza iść!

Widok na Tarnicę z Wołosatego.

Widok na Tarnicę z Wołosatego.

Ścieżek w Bieszczadzie mnogo, każdy może sobie sam coś wybrać. Ja podjechałem do Wołosatego i czerwonym szlakiem przez Przełęcz Bukowską, Rozsypaniec, Halicz, Tarniczkę i Szeroki Wierch dotarłem do Ustrzyk Górnych. W dobrą pogodę i dysponując przyzwoitą kondycją tę trasę pokonuje się stosunkowo łatwo. Można przy okazji oczywiście wejść na Tarnicę – ze względu na “gęstość zaludnienia” i fakt, że na Tarnicy byłem wielokrotnie, tym razem mnie nań nie ciągnęło. Aczkolwiek na szczycie stoi krzyż, więc w razie czego jest okazja do strzelenia kolejnej “samojebki”. ;)

Na Tarnicy

Na Tarnicy.

“Najwyższość” Tarnicy w naszej części Bieszczadów powoduje, iż podążają nań istne pielgrzymki turystów wszelkiej maści. Proceder ten nasila się latem, ale pod koniec sierpnia jest już znośnie. Jednak są pewne konsekwencje tego zjawiska. Niegdyś wąskie ścieżki stały się w ciągu ostatnich 20 lat pieszymi autostradami, również na bardzo popularnych Połoninach. W dodatku ktoś w Bieszczadzkim Parku Narodowym wpadł na genialny wręcz pomysł wykonania schodów na szlaku z Wołosatego na Tarnicę oraz przez Przełęcz Goprowską na Krzemień. I wisienka na torcie – wejście na Tarnicę z Wołosatego jest droższe niż wstęp na inne szlaki w obrębie BdPN.

Widok z Rozsypańca na Tarnicę, Krzemień z Bukowym Berdem i Kopę Bukowską

Widok z Rozsypańca na Tarnicę, Krzemień z Bukowym Berdem i Kopę Bukowską.

Jeśli kto ciekaw moich osobistych doznań i atrakcji tego dnia, to… przestawił mi się przy granicy z Ukrainą zegarek w telefonie na ich strefę czasową, w wyniku czego byłem długo przekonany, że jestem godzinę w plecy i nie zdążę na ostatni autobus z Ustrzyk. Przejąłem się tym tak bardzo, że z Szerokiego Wierchu zacząłem niemalże zbiegać. Gdzieś w połowie tego zejścia jeszcze raz spojrzałem na telefon i wreszcie do mnie dotarło, co to się stanęło. Niestety konsekwencje tej pomyłki nastąpiły nazajutrz. Plus był natomiast taki, że wróciłem do Kalnicy autobusem przedostatnim. ;)

W drodze z Halicza

W drodze z Halicza…

I jeszcze ciekawostka. Tego dnia na Przełęczy Bukowskiej padał deszcz przez cały kwadrans. Był to jedyny “deszczowy” dzień podczas całego wyjazdu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code