Tanio, szybko i solidnie – czyli rowerem w Bieszczady

Dzień piąty.

Matko Bosko Częstochosko! Matko Bosko Częstochosko! Chcę iść, ale nogi nie chcą… ;)

Nie leżało się dobrowolnie dzień wcześniej, to przyszło leżenie przymusowe. Jak mawiają fachowcy, w moich “giczołach” doszło do uszkodzenia włókien mięśniowych i każdy ruch okupiony był niesamowitym bólem. Pamiętajcie więc ludziska – sport to zdrowie, ale nawet zdrowie trzeba dozować rozsądnie, bo może zaszkodzić! ;)

W drodze z Sinych Wirów do Kalnicy.

W drodze z Sinych Wirów do Kalnicy.

Późnym popołudniem doszedłem do wniosku, że jednak trzeba spróbować rozruszać te chore mięśnie. Rozważałem spacer do rezerwatu Sine Wiry, bo to miejsce ładne i dobrze je odwiedzić, i jak najbardziej polecam. Jednak po próbie bojowej na trasie schronisko – sklep (jakieś 50 metrów) stwierdziłem, że spróbuję pokręcić trochę na rowerze. Wrażenie w porównaniu do chodzenia było nadzwyczaj pozytywne, w związku z czym zapakowałem do plecaczka aparat i pojechałem na Przełęcz Wyżną zrobić kilka zdjęć w zachodzącym słońcu.

Widok z Przełęczy Wyżnej w stronę schroniska na Połoninie Wetlińskiej.

Widok z Przełęczy Wyżnej w stronę schroniska na Połoninie Wetlińskiej.

A jak dojechać z Kalnicy na Przełęcz Wyżną? Jak mawiał dawno temu mój instruktor na kursie prawa jazdy – jak droga główna prowadzi. ;)

 

Dzień szósty.

Kalnica – Dukla, 91km.

To w zasadzie odwrotność trasy z dnia trzeciego ze wszystkimi konsekwencjami. Więcej zjazdów niż podjazdów pozwala dotrzeć do Dukli w tempie nieco szybszym niż wcześniejsza jazda w kierunku przeciwnym.

Przełęcz Przysłopce - znowu wita gmina Komańcza.

Przełęcz Przysłopce – znowu wita gmina Komańcza.

Pomimo zdemolowanych nóg udało mi się szczęśliwie dojechać i to nawet całkiem sprawnie. Może była w tym jakaś zasługa wiatru, który tym razem na paru odcinakach nawet mnie trochę pchał naprzód.

Baliki w Osławicy czekające na transport

Baliki w Osławicy czekające na transport.

 

Dzień siódmy.

Dukla – Brzesko, 113 km.

Kościół w Dukli

Kościół w Dukli.

Inna wersja trasy z dnia drugiego, różniąca się na odcinku Nowy Żmigród – Gromnik. Tym razem wybór padł główną drogę w kierunku Gorlic z odbiciem w Dominikowicach na Zagórzany. Dalej można jechać przez Moszczenicę do Turzy i stamtąd zjechać do znanego już Rzepiennika Strzyżewskiego. Mnie natomiast skusiła wersja trudniejsza, ale chyba z lepszymi widokami, przez Kwiatonowice. Prowadzi ona najwyższym grzbietem w okolicy, na który należy się wspiąć dość stromym i wcale niekrótkim podjazdem. Ja niestety, ze względu na szalejący porywisty i gorący wiatr z południowego zachodu, który mało mnie nie wykończył, stromiznę tę pokonywałem z dwoma postojami w cieniu. Ale temperatura nad asfaltem tego dnia dochodziła do 40 stopni Celsjusza. Po dotarciu do Turzy, podobnie jak w wariancie pierwotnym, czeka nas zjazd do Rzepiennika. Dalej już identycznie jak pięć dni wcześniej w kierunku przeciwnym.

Widok na Cieklinkę z Bednarki

Widok na Cieklinkę z Bednarki.

Ten dzień był istnym apogeum jeśli chodzi o warunki pogodowe. Przez cały wyjazd obawiałem się deszczu i spadku temperatury, stąd między innymi wiozłem całą stertę ubrań. Jak się okazało, na szczęście niepotrzebnie. Natomiast próba wytrzymałości organizmu, na jaką wystawiły mnie tygodniowe upały, była niewyobrażalna. Dodatkowo noce, pomimo przełomu sierpnia i września, były niebywale ciepłe, co akurat w Bieszczadach, gdzie w tym czasie temperatura przeważnie spada do kilku stopni, było bardzo pozytywne. W Brzesku natomiast, wieczorem było powyżej 25 stopni, a w nagrzanych budynkach ponad 30.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code