Tanio, szybko i solidnie – czyli rowerem w Bieszczady

Dzień ósmy.

Brzesko – Dąbrowa Górnicza, 134km.

Powrót turysty marnotrawnego. ;)

Wracać dokładnie tą samą drogą, którą się jechało przed tygodniem, nie jest rzeczą do końca fajną. W dodatku  nastąpiła kompletna zmiana pogody, o czym też później, a co jednak stało się argumentem “za” utrzymywaniem niewielkiej odległości od linii kolejowej. Czyli kierunek Kraków.

Z Brzeska do Bochni można bez problemu dojechać drogami “bocznymi”, wymaga to “teleportowania się” na północną stronę torów kolejowych i na chwilę również autostrady A4, tą samą drogą, którą wjeżdża się od Uścia Solnego. Dalej jadąc na zachód przez Jodłówkę, Rzezawę i Krzeczów dotrzemy prawie pod dworzec kolejowy w Bochni. Ja natomiast zdecydowałem się jechać DK94 z powodu niezbyt ciekawie wyglądających chmur. Wbrew pozorom na tym odcinku jedzie się bezpieczniej niż niejedną “trójcyfrówką”, głównie ze względu na równoległą A4, która przejęła większość ruchu, jak również zachowane (poza mozaikami zwężeń i wysepek na skrzyżowaniach) szerokie pobocza.

Spod dworca w Bochni wyjeżdża się wzdłuż torów na zachód, potem zjazd w prawo na ulicę Wodociągową, pod torami… i niebawem pojawia się kładka nad Rabą. Po drugiej stronie w Damienicach należy dobrze złapać kierunek, aby wrócić najkrótszą drogą na południową stronę torów. Dalej już podróżujemy skrajem Puszczy Niepołomickiej przez Kłaj, Szarów, Dąbrowę, Podlas Gruszczański i Górne Staniątki. Ten odcinek będzie wymagał czujnej obserwacji mapy, aby nie wylądować na torach czy DK94. Przez Zakrzowiec docieramy do Zakrzowa, później Węgrzce Wielkie, Kokotów i Bierzanów czyli taki prawie Kraków. ;)

Przejazd przez Kraków to już kwestia upodobań. Można Bieżanowską dotrzeć do Wielickiej, ja natomiast przeskoczyłem przy stacji kolejowej ulicą Półłanki na Christo Botewa. Stąd do centrum niesie nas przecudnej urody “ścieżka rowerowa”. Po drodze nazwa ulicy zmienia się co prawda jeszcze z pięć razy, jednak pod sam dworzec dotrzemy bardzo prosto. Oczywiście jeśli nie rozważa się ratowania pociągiem, nie ma potrzeby się tam pchać.

Dolina Prądnika - Prądnik Korzkiewski

Dolina Prądnika w okolicach Prądnika Korzkiewskiego.

Z Krakowa wybrałem drogę przez Ojców. Można co prawda jechać przez Aleksandrowice, Frywałd, zahaczyć o Tenczyński Park Krajobrazowy i dalej na Chrzanów, ale tędy jechałem na początku lata. Sam podjazd doliną Prądnika jest dość łagodny, do najwyższego punktu w Sułoszowej dzielą nas 32 km oraz blisko 250m wysokości i dopiero końcówka jest upierdliwa, wymagająca przetoczenia się przez parę pagórków w drodze do Olkusza. A w Olkuszu to już prawie w domu… ;)

 

Dzikość po bieszczadzku niczym węgierski placek.

Spotkałem się z opiniami osób, które nigdy nie były w Bieszczadach, że to przecież miejsce, gdzie nie tyle psy, co wilcy dupami szczekają. Że tam nic nie ma, ani cywilizacji, ani “atrakcji turystycznych”, że dzikie zwierzęta pożerają ludzi żywcem, bez solenia i smarowania musztardą. To pokazuje, że wystarczy jakiś teren wyludnić na kilkadziesiąt lat i powstanie mit odwiecznej dzikości.

Tymczasem rejon Bieszczadów, jak i Beskidu Niskiego, był jeszcze pod koniec II Wojny Światowej zaludniony i gospodarczo dość aktywny. Przed I Wojną Światową należał do Austro-Węgier, które to wybudowały między innymi Pierwszą Węgiersko-Galicyjską Kolej Żelazną przez Przełęcz Łupkowską do Przemyśla czy linię przez Przełęcz Użocką do Sambora i dalej do Lwowa. Ta druga, dwutorowa i obecnie zelektryfikowana prowadzi po stronie ukraińskiej tuż obok granicy z Polską i naszej “świętej dzikości” Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Na niedostępne w Polsce szczyty – Opołonek i Kińczyk Bukowski – można bez problemu dotrzeć szlakiem z Przełęczy Użockiej po stronie ukraińskiej.

Połonina Bukowska z górującym nad jej grzbietem Kińczykiem Bukowskim

Połonina Bukowska z górującym nad jej grzbietem Kińczykiem Bukowskim. Widoczna droga wzdłuż granicy, niedostępna dla turystów.

Wracając jeszcze do historii, Austriacy pod koniec XIX wieku zbudowali wąskotorową kolej leśną Łupków – Majdan i dalej do Beskidu i Kalnicy, którą transportowano do Łupkowa drewno i przeładowywano na kolej normalnotorową. Leśna wąskotorówka istniała również pomiędzy Ustrzykami Górnymi a Sokolikami w dolinie Górnego Sanu, pozostały po niej szczątki nasypów i przyczółki mostów nad potokami. Dodatkowo przez tereny te przechodziły “w tę i nazad” fronty walk podczas obu wojen – ponoć do dziś na Kińczyku Bukowskim są ślady okopów. I na koniec pozostaje fakt, że Bieszczady były dość gęsto zaludnione, wsie były blisko siebie i często w dość wysokich partiach gór (co można zaobserwować współcześnie na Ukrainie).

Dolina Wetliny - za mostem tereny dawnej wsi Łuh

Dolina Wetliny – za mostem tereny dawnej wsi Łuh.

Regularne walki polsko – ukraińskie i w konsekwencji Akcja Wisła pod koniec lat 40 XX wieku skutkowały nie tylko wyludnieniem, ale i zniszczeniem dawnych miejscowości. Niemniej w okresie powojennym Bieszczady były zagospodarowywane, odbudowano kolej leśną, intensywnie eksploatowano lasy, utworzono PGRy, a w latach 80 zakłady rolno-przemysłowe kombinatu Igloopol. Z początkiem lat 90 Igloopol został, głównie z przyczyn ideologicznych i po przedziwnych perypetiach, zlikwidowany. Dawne gospodarstwa rolne przejął w dużej mierze (np. w Wołosatem, Tarnawie Niżnej czy Wetlinie) rozrastający się Bieszczadzki Park Narodowy i ironią losu jest promocja Bieszczadów przez BdPN jako wiecznie dzikiej krainy, w oparciu właśnie o obiekty dawnego Igloopolu. Trochę śmieszne jest też to, że z okolic parkowej świętej dzikości (a tak naprawdę z dawnych wsi – Sokolików, Beniowej czy Sianek) można zobaczyć na drugim brzegu Górnego Sanu normalnie funkcjonujące miejscowości oraz kursujące pociągi. Przy czym nie twierdzę, że utworzenie BdPN na tych terenach było złe, tylko retoryka związana z dzikością na każdym kroku jest cokolwiek “słaba”.

Górna część dawnej wsi Studenne

Górna część dawnej wsi Studenne. Pozostały jedynie zdziczałe drzewa owocowe, ruiny cerkwi i szczątki cmentarza (na granicy lasu po lewej stronie).

Obecnie Bieszczady są krainą kontrastów. Z jednej strony mamy całą masę nieistniejących już wiosek, gdzie rzadko natkniemy się na “ludzką obecność”. Z drugiej jednak najbardziej popularne miejscowości w sezonie letnim zajeżdżane są samochodami, a życie toczy się tam niemalże na okrągło. Od jakichś 20 lat postępuje też “nowa świecka tradycja”, którą czasem nazywam “nowym folklorem bieszczadzkim”. Zaczyna się już w rejonie Łupkowa tablicą “Tanie noclegi – Szwejkowo”. Niby faktycznie bohater powieści Haška w drodze do Przemyśla przejeżdżał z wojskami Najjaśniejszego Pana Franza Josepha I przez Przełęcz Łupkowską, ale w żadnym gospodarstwie agroturystycznym nie pomieszkiwał, tylko w kolejowym wagonie. ;) Współczesna cywilizacja wkracza w Bieszczady z charakterystyczną dla siebie brutalnością. Osadnicy z ostatnich lat budują chałupy nie mające nic wspólnego z tradycjami tego regionu, powstają w ten sposób “gospodarstwa agroturystyczne”, reklamowane jako prawdziwie bieszczadzkie, dla turystów z wielkich miast. Paradoksalnie wpisują one się w nurt PRL-owskich zabudowań krytych blachą falistą albo innym eternitem – nijak nie pasują do otoczenia. Do tego “lokalsi” (czyli przybysze z lat wcześniejszych) wyczuli koniunkturę i wkręcili się w biznes turystyczny paradując w kowbojskich kapeluszach czy też organizując pseudogalerie pseudolokalnej pseudosztuki. W Bieszczadach można pójść do smażalni pstrąga, wziąć udział w napadzie kowbojów na pociąg dawnej kolejki leśnej, kupić sobie rzeźbę-straszydełko, kapelusz, ewentualnie w kowbojskim stroju pojeździć konno… albo quadem tuż za granicami Parku Narodowego.. Oczywiście nikt nikogo nie zmusza do korzystania z powyższych “rozrywek”, nie mniej nie mają one nic wspólnego z jakąkolwiek tradycją zamieszkujących te tereny przecież jeszcze nie tak dawno Bojków.

Koniec sezonu w Cisnej. Widoczna reklama "Karczmy Łemkowyna". Wprawdzie jesteśmy w krainie Bojków, ale kto by się tym przejmował...

Koniec sezonu w Cisnej. Widoczna reklama “Karczmy Łemkowyna”. Wprawdzie jesteśmy w krainie Bojków, ale kto by się tym przejmował… ;)

Próbuję sobie przypomnieć, kiedy nastąpiła eksplozja tej nowobieszczadzkiej kultury i daty nie potrafię przytoczyć. Natomiast zapadł mi w pamięć jeden z “atrybutów” – placek po bieszczadzku. Jest to zwykły placek po węgiersku, tylko najczęściej z jakimiś dodatkami. Ale też w Bieszczadach wszystko musi być do bólu prawdziwie bieszczadzkie i jedyne w swoim rodzaju, choćby pochodziło z zupełnie innych stron. ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code